Dzisiaj w Betlejem

Fot. Berthold Werner z wikivoyage shared, CC BY-SA 3.0

Kiedy w 2000, jubileuszowym, roku po raz pierwszy byłam w Betlejem, to małe miasteczko na Zachodnim Brzegu należało jeszcze do Izraela. Dziś, by się tam dostać z oddalonej o kilkanaście minut jazdy samochodem Jerozolimy, trzeba przekroczyć 2 granice – Izraela i Autonomii Palestyńskiej.

I właśnie tu czeka nas niespodziewane „spotkanie z murem”, takim wypisz, wymaluj jak rozebrany przed laty mur berliński – powstałym z ogromnych, betonowych segmentów, ale w dobie światowego terroryzmu, nie ma się też czemu dziwić! Mur ma 400 km długości, w planach jest przedłużenie go o następne 600. Od strony Izraela ten mur graniczny to rząd szarych, wielotonowych, betonowych bloków, wijących się gdzieś w siną dal, w kierunku beżowo-żółtych, piaskowcowych skał. Od strony Autonomii Palestyńskiej wzrok przyciąga gigantyczne graffiti – owiniętej arafatką ludzkiej twarzy o ogromnych, przerażonych oczach i zasłoniętych ustach. Biało-czarne kratki chusty do złudzenia przypominają siatkę z drutu kolczastego. Tuż obok – lew z wymalowanymi na potężnym cielsku symbolami dolara i szybu naftowego, rozszarpujący powalonego na ziemię człowieka i czerwone litery komentarza…

Fot. Barbara Witkowska
Fot. Barbara Witkowska

Historycznie Betlejem to osada palestyńska, na teranie której znajdują się pamiątki 2 wielkich religii monoteistycznych – chrześcijaństwa i judaizmu. Żydzi wywodzą stąd swój biblijny ród Dawida, chrześcijanie czczą miejsce narodzin Pana Jezusa.

Kierujemy się do pochodzącej z IV w. Bazyliki Narodzenia Pańskiego. Najstarszej nie tylko w Ziemi Świętej, ale i na świecie, wzniósł ją bowiem w 325 r. cesarz Konstantyn, przebudował Justynian, a w XII w. odnowili Krzyżowcy. Niestety, dzisiejszy wygląd jej wnętrza robi dziwne wrażenie, jakby tamten, XII-wieczny remont był ostatnim.

Żeby wejść do środka 5-nawowej Bazyliki trzeba mocno się schylić. Wejście zamurowali w VI w. chrześcijanie, by uchronić kościół przed bezczeszczeniem go przez wjeżdżających tu na koniach żołnierzy.

Dziś potężna Bazylika Narodzenia Pańskiego, mimo takiego znaczenia dla chrześcijan całego świata, nie jest w najlepszym stanie. Straszą brudne, okopcone ściany, zdemontowane fragmenty posadzki, miejscami sypiące się kamienne dekoracje. Rozbrajają z kolei, zwisające z dębowego sufitu, pełne orientalnego przepychu pozłacane żyrandole, do których mnisi opiekujący się Bazyliką podoczepiali wielkie, szklane, błyszczące, czerwone lub szafirowe… bombki choinkowe.

Przed zejściem do podziemi, gdzie w małej, prostej, wyłożonej marmurem Grocie Narodzenia znajduje się symboliczne miejsce narodzin Pana Jezusa, czekamy w kolejce prawie półtorej godziny. To z uwagi na tłum, który pokonał wiele kilometrów i własnych ograniczeń, by w okolicach Bożego Narodzenia być właśnie tu. Atmosfera początkowo turystyczna – bo pstrykają komórki, aparaty fotograficzne, toczą się zwykłe rozmowy, trwa dzielenie różnymi wrażeniami – poważnieje im bliżej 14-ramiennej Gwiazdy w kamiennej posadzce, symbolizującej miejsce żłobka.

Teraz większość już się modli, na chwilę kładąc w centrum Srebrnej Gwiazdy zakupione w sklepikach na górze różance, medaliki, drobne przedmioty religijnego kultu.
Wychodzimy stamtąd już trochę inni, może bardziej skupieni? Przekonani, że choć przez moment udało nam się jednak dotknąć Bożonarodzeniowej Tajemnicy.

„WawaWest”
Barbara Witkowska